O „Nogach Izoldy Morgan” i nie tylko

Kilka dni temu pisałem o najnowszych projektach na Wikiźródłach. Przyznam, że nie przypuszczałem, że mój wpis zdezaktualizuje się tak szybko. Dezaktualizacja nastąpiła za przyczyną „Nóg Izoldy Morgan” Brunona Jasieńskiego, wprowadzonych na Wikiźródła przez Awersowego. Znając życie, przypuszczałem że „Nogi…” trochę poleżą, tymczasem opracowanie całej powieści zajęło ledwie dwa dni.Nogi Izoldy Morgan

Skąd taka szybkość? Odrzucając natrętną myśl, że z naszego (mojego też, bo wykonałem korektę całego tekstu) skrytego umiłowania futuryzmu, pozostają trzy przyczyny. Pierwsza to urok nowości. „Nogi…” jakieś szczególnie wybitne nie są, niemniej jednak Jasieński (i ogólnie futuryzm) był dla nas czymś nowym. Po zalewie staropolszczyzny w wykonaniu Glogera i czterech tomach poezji Konopnickiej na pewno potrzebowaliśmy odmiany. Druga to dobry OCR. Akurat opracowywany plik djvu składał się nie tylko z grafiki, ale i tekstu na tyle dobrego, że wystarczyło go tylko sformatować i przeprowadzić normalną korektę. I trzecia przyczyna, bodaj najbardziej oczywista – długość. „Nogi Izoldy Morgan” mają ledwie 66 stron, i to z okładkami, stroną tytułową itp. Nic tak nie motywuje jak widoczny już koniec pracy.

Inna sprawa, że prawdę pisząc, lektura „Nóg…” okazała się całkiem interesująca. Niestety, nie tyle ze względu na walory literackie tekstu, co dosyć szczególne poglądy tak jego autora, jak i o autorze, wyrażone w przedmowie. Fragment pozwolę sobie przytoczyć:

Kiedy w sierpniu roku 1921 w Zakopanem wracałem z wieczoru, na którym czytałem swoje najlepsze wiersze, odprowadzany przez słuchaczów przez całą długość Krupówek (od Morskiego Oka do Trzaski) gradem kamieni, dostatecznie dużych, aby rozpłatać głowę przeciętnego, a nawet nieprzeciętnego śmiertelnika (niestety było zbyt ciemno), myślałem o tym, że opinja elity publiczności naszej, wyrażona doraźnie po tym wieczorze, była dla mnie naogół… zbyt pochlebną. Ukamieniowanie w r. 1921 nie wchodziło bynajmniej w zakres moich ambicji. Byłem poprostu zażenowany, jak zbyt chwalony autor.

I tak dalej w tym stylu; w sumie osiem stron poświęcił autor na wyrażenie swojej kompletnej i całkowitej obojętności na oczekiwania odbiorców. Podejrzanie sporo, szczególnie biorąc pod uwagę, że właściwy tekst „Nóg…” zajmuje niewiele ponad 40 stron.

Swoją drogą zastanawia mnie, co takiego Jasieński nagadał na tym wieczorze poetyckim w Zakopanem, że aż go ukamienować chcieli? Poezja futurystyczna nie jest może zachwycająca (znaczy, w lekturze potrafi być męcząca, szczególnie gdy dany autor wziął sobie do serca futurystyczne poglądy na ortografię), niemniej jednak czytana na głos jest w najgorszym przypadku nudna. Nawet i omawiane „Nogi…” wypadają dosyć blado; przypominają mi opowiadania sf końca lat 80. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to że w czasach bez mass mediów ludzie po takim wieczorku poetyckim autentycznie oczekiwali rozrywki…

Schodząc już z „Nóg Izoldy Morgan” i ogólnego triumfalizmu (powieść w dwa dni! encyklopedia na ukończeniu!) wypada wspomnieć o tym, co niespecjalnie nam idzie. A niestety, są projekty proofread które leżą od dłuższego czasu, i wcale nie zanosi się na ich szybkie zakończenie.

Samuel Bogumił Linde, Słownik języka polskiego Tomiszcze wielkie (759 stron), pisane drobną czcionką, w polszczyźnie końca XVIII wieku. Rzecz jasna, o jakimkolwiek OCRze można zapomnieć. Słownik jest polsko-niemiecko-francusko-rosyjski, więc dochodzi jeszcze cyrylica i pisane gotykiem słowa po niemiecku. W tych warunkach, za sukces należy poczytać, że udało się przepisać około 100 stron. Niestety, to chyba koniec naszych sukcesów, bo jedyna osoba która miała do tego cierpliwość mocno ograniczyła aktywność w projekcie. Nie bardzo wiadomo też, jak udostępnić zawartość słownika czytelnikom, tak aby była do czegokolwiek użyteczna. Metoda „tradycyjna” (strona książki na stronie projektu) nie wchodzi w grę; pozostaje metoda stosowana na Wikisłowniku, czyli jedno słowo – jedna strona, do tego indeksy, wyszukiwarka itp. Z ostrożnych szacunków daje to około 85 000 stron, toteż nic dziwnego, że nikt się do roboty nie pali.

Biblia Gdańska (przekład z 1632 r. braci czeskich i kalwinistów). O ile przy ww. słowniku jeszcze mam jakąś nadzieję, to mam poważne wątpliwości, czy kiedykolwiek uda się nam opracować Biblię Gdańską. Tekst pisany jest archaicznym językiem, a przy tym kompletnie nieczytelną czcionką (zrozumiałe są pojedyncze wyrazy na stronę). Do takiego projektu potrzebny były ktoś znający przynajmniej podstawy paleografii, a o taką osobę w wikiświecie bardzo trudno.

Na koniec oczywiście link:
„Nogi Izoldy Morgan” – tekst na Wikiźródłach (nie wymaga rejestracji ani czytnika pdf, wystarczy zwykła przeglądarka)

Reklamy
%d blogerów lubi to: