Co mnie irytuje na Wikiźródłach

Jak dotąd pisałem przede wszystkim o tym, co na Wikiźródłach jest dobrego; jaki to projekt innowacyjny, co w nim nowego, osiągnięcia… Dzisiaj przeciwnie, postaram się napisać o tym, z czym mamy problem, i co w szczególności dla mnie jest męczące.

Na pierwszym miejscu, bez dwóch zdań – teksty bez źródeł. Czyli mniej więcej 70% tekstów zamieszczonych na Wikiźródłach… Dla kogoś, kto administruje na Wikiźródłach i faktycznie przejmuje się jakością opublikowanych utworów, teksty bez źródeł to czysty koszmar. Rozważmy taką sytuację: mamy tekst powiedzmy z połowy XIX wieku. Przychodzi IP, i – dajmy na to – dodaje przecinek. Albo znak zapytania. Albo zmienia wyraz na inny, też pasujący do kontekstu. Jeżeli tekst jest uźródłowiony, mogę łatwo sprawdzić czy jest to dobra zmiana, czy wandalizm (jeżeli jest to proofread, nie ma najmniejszego problemu). Jeżeli źródła nie ma, najczęściej nie mogę zrobić nic, bo biorąc pod uwagę różnice między wydaniami, nie sposób stwierdzić czy IP nie korzystał przypadkiem z innego wydania, niż ja. A w przypadku takiej np. poezji Mickiewicza, odnoszę wrażenie że każdy jej wydawca chciał mieć własną, całkiem oryginalną interpunkcję. Problem nie ogranicza się do wandalizmów; utwór bez danych bibliograficznych jest właściwie bezwartościowy, nadaje się co najwyżej „do poczytania”, nic więcej. Ze względu na możliwe błędy (a wiem, że jest ich masa) bałbym się gdziekolwiek go cytować. Co z tym robimy: uźródławiamy, najczęściej poprzez zamianę na wersję z proofread. Nie muszę chyba dodawać, że proces ten jest bardzo powolny.

Na drugiej pozycji ściany tekstu. Każdy wikimedianin pewnie widział kiedyś coś takiego – pół megabajta niesformatowanego, niezwikizowanego tekstu, śmiało wrzuconego na jedną stronę. Nieszczęście Wikiźródeł polega na tym, że my te jakże szczodre dary w zasadzie powinniśmy przyjmować, i jeszcze się cieszyć, że ktoś raczył opublikować. Praca przy czymś takim jest męcząca, irytująca i pozbawiona satysfakcji; nawet jak to sformatuję, podzielę i zwikizuję (a obrobiłem już chyba ze trzydzieści takich prezentów), to i tak w efekcie dostaję tekst bez źródła i danych bibliograficznych – czyli patrz pkt 1.

Miejsce trzecie – substuby. Mogłoby się wydawać, że na Wikiźródłach stworzyć substuba nie sposób. Ostatecznie, albo się jakiś tekst publikuje, albo nie, prawda? Jak się okazuje, dla chętnego nic trudnego… Otóż zdarza się, że publikowane są drobne fragmenty większych utworów, czasami wręcz śmiesznie małe w porównaniu do całości. Czasami publikujący działają w dobrej wierze, np. przepisując fragmenty zamieszczone w podręcznikach do historii czy języka polskiego. Sporo w tym winy twórców podręczników, którzy fragmenty te zamieszczają w sposób sugerujący, że mamy do czynienia z całością. W taki sposób trafiły na Wikiźródła np. Pochwała demokracji ateńskiej albo konstytucja Nihil Novi (a raczej drobne ich fragmenty, pocięte i wyrwane z kontekstu). Czasami jednak użytkownicy tworzą substuby mając pełną świadomość tego, co robią. Szczególnie utkwiło w w mojej pamięci opublikowanie testamentu Zygmunta II Augusta, na który składało się… pół zdania. Użytkownik argumentował, że ktoś kiedyś na pewno zamieści całość. Tak, jasne… Co z takimi cudami robimy? O ile się da, zastępujemy pełnym tekstem. Jeżeli się nie da – idzie do usunięcia via SDU. Swoją drogą, bardzo żałuję, że nie widzę min uczniów i nauczycieli, którzy zamiast przeżutych i pociętych fragmentów Pochwały demokracji ateńskiej (czyli tego, co przerabia się w szkołach) dostają pełną wersję z Bronikowskiego.

Jest jeszcze jeden problem, który dopiero zaczyna wychodzić; pojawił się niedawno, i obawiam się że za jakiś czas da się nam we znaki. Mianowicie chodzi o coraz większe skomplikowanie jeżeli chodzi o formatowanie tekstów. Rzecz w tym, że MediaWiki w zasadzie nie nadaje się do publikacji książek; aby publikacja chociaż przypominała oryginał, musimy korzystać z masy szablonów, a czasami (szczególnie przy spisach treści) wprost z html-a. Obecny zespół Wikiźródeł wszystko to wypracował, więc dajemy sobie radę, ale dla nowicjuszy może to być istotna bariera.

I to mniej więcej tyle najgorszego. Pewnie, jest jeszcze kilka innych spraw które mnie męczą (np. uwspółcześnienia czy publikowanie mało ważnych ustaw), ale gdyby udało się wyeliminować powyższe, bylibyśmy bardzo, ale to bardzo do przodu.o żołnierzu tułaczu okładka

A poza tym na Wikiźródłach pojawił się tylko jeden nowy projekt proofread O żołnierzu tułaczu Edwarda Słońskiego. Krótkie, i po prawdzie, dla mnie niezbyt interesujące; okazuje się, że jednak wolę poważniejsze tytuły. Przykładowo, ciekawsze okazało się opracowywanie Boskiej Komedii, tym bardziej, że nigdy wcześniej jej nie czytałem, czy też Encyklopedii kościelnej. To swoją drogą wielka zaleta Wikiźródeł – dzięki pracy w projekcie, przeczytałem całą masę utworów, których inaczej nigdy bym nie tknął, np. dramaty Przybyszewskiego.

Reklamy
%d blogerów lubi to: