ACTA – jak to właściwie wygląda

Pewnie mało kogo, kto w miarę regularnie śledzi co dzieje się w sieci, ominęła dyskusja o ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), międzynarodowej umowie dotyczącej przeciwdziałania naruszeniom własności intelektualnej, do której ma przystąpić także i Polska. Jak to często w tego rodzaju przypadkach bywa, sam tekst umowy okazał się słabo dostępny; owszem, materiałów promujących ten czy inny punkt widzenia na ową umowę było pod dostatkiem, przyznam jednak że wolałem osobiście zapoznać się z tekstem. Kilka dni temu stało się to możliwe, i tak coś, co miało być skrótową opinią na temat nowego prawa zamieniło się dosyć długi tekst; być może takie spojrzenie na ów akt będzie dla kogoś przydatne.

Przed przejściem do dalszej części pragnę zaznaczyć, że niniejsza notka omawia umowę ACTA jedynie w zakresie, w jakim dotyczy ona prawa autorskiego. Równie ważną jej częścią są postanowienia poświęcone ochronie uprawnień z zakresu własności przemysłowej. Biorąc jednak pod uwagę, że prawo własności przemysłowej jest mi całkowicie obce, jak również że – z oczywistych względów – zainteresowany jestem przede wszystkim tym, jak owa umowa wpłynie na funkcjonowanie mediów w sieci, w notce poruszę tylko tematykę związaną z prawem autorskim.

Z tego co jest mi wiadome, istotne kontrowersje dotyczące ACTA związane są z postanowieniami dotyczącymi obowiązku ujawniania tożsamości osób podejrzewanych o naruszenie prawa autorskiego, jak również obowiązku ujawnienia informacji o samych naruszeniach. Kwestie te uregulowane są w art. 11 i art. 27 ust. 4 umowy; niżej omówię pierwszy z nich.

Bez uszczerbku dla przepisów prawa Strony dotyczących przywilejów, ochrony poufności źródeł informacji lub przetwarzania danych osobowych, każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej możliwość nakazania przez jej organy sądowe sprawcy naruszenia lub osobie, którą podejrzewa się o naruszenie, na uzasadniony wniosek posiadacza praw. przekazania posiadaczowi praw lub organom sądowym, przynajmniej dla celów zgromadzenia dowodów, stosownych informacji, zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, będących w posiadaniu lub pod kontrolą sprawcy naruszenia lub osoby, którą podejrzewa się o naruszenie. Informacje takie mogą obejmować informacje dotyczące dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub podejrzewanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub co do których zachodzi podejrzenie naruszenia, w tym informacje umożliwiające identyfikację osób trzecich, co do których istnieje podejrzenie, że są zaangażowane w produkcję i dystrybucję takich towarów lub usług, oraz identyfikację kanałów dystrybucji tych towarów lub usług.

Uwagę zwraca niezwykle szerokie określenie kręgu osób, co do których posiadacz praw może żądać udzielenia informacji. Cytując – „dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub podejrzewanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub co do których zachodzi podejrzenie naruszenia” – z praktycznego punktu widzenia sformułowanie takie nie różni się zbytnio od „każdej osoby”. Ujawnienie danych na podstawie wyłącznie podejrzeń (bez uprawdopodobnienia zasadności żądania, co dotychczas było podstawą do podjęcia działań przez wymiar sprawiedliwości) to istotna zmiana zmieniająca sposób, w jaki dochodzić będą swych roszczeń osoby których prawa mogły zostać naruszone. Dotychczas przed podjęciem jakichkolwiek działań o charakterze prawnym niezbędne było znalezienie chociaż cienia dowodu, chociaż wskazania prawdopodobieństwa, że dana osoba narusza prawo. ACTA odwraca sytuację – umożliwienie zebrania dowodów może stać się pierwszą czynnością, na którą zezwoli sąd w ewentualnym postępowaniu. Można zgodzić się, że ujawnienie pewnych informacji byłoby bardzo korzystne dla posiadacza praw. Niemniej jednak, w ten sposób naruszona została bardzo istotna zasada braku obowiązku dostarczania dowodów na swoją niekorzyść (obecnie w procesie cywilnym sąd może negatywnie ocenić nie przedstawienie przez stronę pewnych dowodów, nie może jednak wymusić przedstawienia dowodu). Tego rodzaju nierównowagi stron nie sposób zapobiec – w sytuacji, gdy jedna strona będzie miała obowiązek, a druga uprawnienie dostarczania dowodów, równości stron nie sposób przywrócić.

Z kolei w sekcji piątej, poświęconej dochodzeniu i egzekwowaniu praw własności intelektualnej w środowisku cyfrowym, mamy bardzo interesujący art. 27 ust. 4:

4. Strona może, zgodnie ze swoimi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, przewidzieć możliwość wydania przez swoje właściwe organy dostawcy usług internetowych nakazu niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, co do którego istnieje podejrzenie, że jego konto zostało użyte do naruszenia, jeśli ten posiadacz praw zgłosił w sposób wystarczający pod względem prawnym żądanie dotyczące naruszenia praw związanych ze znakami towarowymi, praw autorskich lub praw pokrewnych i informacje te mają służyć do celów ochrony lub dochodzenia i egzekwowania tych praw. Procedury są stosowane w sposób, który pozwala uniknąć tworzenia barier dla zgodnej z prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz zgodnie z prawem Strony, przy zachowaniu podstawowych zasad, takich jak wolność słowa, prawo do sprawiedliwego procesu i prywatności.

Przypuszczam że właśnie ów artykuł jest podstawą pojawiających się pogłosek, jakoby zgodnie z ACTA dostawcy usług internetowych mieli obowiązek śledzenia swych klientów. Tu trzeba podkreślić, że postanowienie ACTA ma charakter warunkowy („strona może…”) i na tyle ogólny, że ocenie w zasadzie powinien podlegać ewentualny przepis krajowy wprowadzający je w życie. Wedle mojej wiedzy, obecnie dostawcy raczej nie przechowują tego rodzaju informacji. Możliwe jest wprowadzenie tego postanowienia w formie, nakazującej jednocześnie dostawcom zbieranie informacji o klientach – ale to już tylko przypuszczenie i jeden z możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji.

Jedną z najważniejszych części ACTA, oprócz przepisów karnych, jest art. 12 – środki tymczasowe. Będące odpowiednikiem zabezpieczenia roszczenia w polskiej procedurze cywilnej, ich zadaniem jest szybkie i skuteczne zapobieganie naruszeniom prawa autorskiego już na samym początku procesu. Samo założenie jest słuszne, i występuje także we współczesnym polskim prawodawstwie. Można jednak mieć wątpliwości, czy sposób w jakim owe środki tymczasowe zostały wprowadzone w ACTA jest właściwy. Spójrzmy na art. 12 ust. 2 i 3:

2. Każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych bez wysłuchania drugiej strony, w stosownych przypadkach, w szczególności, gdy jakakolwiek zwłoka może spowodować dla posiadacza praw szkodę nie do naprawienia lub gdy istnieje możliwe do wykazania niebezpieczeństwo, że dowody zostaną zniszczone. W przypadku postępowania prowadzonego bez wysłuchania drugiej strony, każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo do podejmowania natychmiastowego działania w odpowiedzi na wniosek o zastosowanie środków tymczasowych i do podejmowania decyzji bez zbytniej zwłoki.

3. Przynajmniej w przypadkach naruszeń praw autorskich lub praw pokrewnych oraz podrabiania znaków towarowych każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sadowych możliwość nakazania przez jej organy sądowe konfiskaty lub innego rodzaju przejęcia kontroli nad podejrzanymi towarami oraz nad materiałami i narzędziami związanymi z naruszeniem oraz, przynajmniej w przypadku podrabiania znaków towarowych, nad dowodami w postaci dokumentów, oryginałów lub kopii, związanych z naruszeniem.

Porównując je z obecnie stosowanymi środkami w postępowaniu zabezpieczającym, opisane wyżej środki tymczasowe należy ocenić jako bardzo skuteczne, zapewniające niemalże zaspokojenie roszczenia na etapie rozpoczęcia procesu, i – o ile zostaną przez uprawnionego właściwie wykorzystane – dające solidną, rzeczywistą gwarancję zaprzestania naruszenia. Z drugiej strony jednak, tak silne środki tymczasowe wymagają zrównoważenia przez odpowiednie uprawnienia dla osób pozwanych. I rzeczywiście, mogłoby się wydawać, że art. 12 ust. 4 i 5 wprowadzają przeciwwagę dla opisanych wyżej uprawnień posiadacza praw autorskich, zapewniając rekompensatę dla osoby, przeciwko której zastosowano środek tymczasowy:

4. Każda Strona przyznaje swoim organom prawo do wymagania od wnioskodawcy żądającego zastosowania środków tymczasowych, aby dostarczył wszelkie możliwe do pozyskania dowody, aby organy te mogły przekonać się w wystarczającym stopniu, że prawo wnioskodawcy zostało naruszone lub że istnieje groźba takiego naruszenia, a także prawo do nakazania wniesienia kaucji lub przedstawienia innego równoważnego zabezpieczenia wystarczającego dla ochrony osoby, przeciwko której skierowany jest wniosek, i zapobieżenia nadużyciu. Taka kaucja lub równoważne zabezpieczenie nie mogą nadmiernie zniechęcać do korzystania z procedur dotyczących takich środków tymczasowych.

5. W przypadku uchylenia lub wygaśnięcia środków tymczasowych na skutek działania lub zaniechania wnioskodawcy, lub w przypadku późniejszego ustalenia, że naruszenie prawa własności intelektualnej nie miało miejsca, organy sądowe mają prawo nakazać wnioskodawcy, na wniosek osoby, przeciwko której skierowany był wniosek, aby zapłacił tej osobie odpowiednią rekompensatę z tytułu wszelkich szkód spowodowanych przez te środki.

Takie postanowienia są korzystne dla osób pozwanych, jednak nie równoważą w pełni środków, jakimi dysponuje osoba dochodząca prawa. Środek tymczasowy w ujęciu ACTA zmierza wprost do zaspokojenia roszczenia wnioskodawcy (poprzez faktyczne przejęcie kontroli nad urządzeniami związanymi z naruszeniami). Prawa osoby dochodzącej roszczenia mogą więc zostać zabezpieczone natychmiast, bezzwłocznie i pełny sposób. Osoba, wobec której stosowano środek tymczasowy, może natomiast swoje uprawnienia wykorzystać dopiero po zaprzestaniu stosowania środka, przy czym może jedynie żądać naprawienia szkody. Z praktyki wiem, że ustalenie szkody jest w takich przypadkach problematyczne; o ile można ustalić wysokość utraconych wpływów z reklam, to pośrednia szkoda powstała na skutek np. odpływu użytkowników z zamkniętej strony internetowej, utraty kontaktów handlowych, konieczności zwolnienia pracowników itp. jest nie do zmierzenia. Tu właśnie widać nierówność: osoba wobec której stosowano środek tymczasowy, może jedynie starać się zmniejszać swe straty. Nie sposób nie zauważyć, ze w polskich realiach w których czas trwania procesu cywilnego to około półtora roku, zamknięcie strony internetowej czy też przedsiębiorstwa na taki okres jest w zasadzie równoznaczne z jego likwidacją. Wreszcie, tak rozbudowane i skuteczne środki tymczasowe skutkują faktycznym przeniesieniem ciężaru procesu z powoda na pozwanego („nie chcesz żeby ci zamknęli firmę? to lepiej dla własnego dobra szybko wykaż, że nie naruszyłeś prawa”).

W dyskusjach dotyczących ACTY można niekiedy spotkać argument, że umowa ta wymierzona jest przede wszystkim w poważne piractwo, typowo komercyjne. Ale zobaczmy, w jaki sposób sformułowany został bardzo ważny art. 23 ust. tejże umowy, dotyczący postępowań karnych:

Każda Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, które są stosowane przynajmniej w przypadkach umyślnego podrabiania znaku towarowego lub piractwa praw autorskich lub praw pokrewnych na skalę handlową. Na użytek niniejszej sekcji działania na skalę handlową obejmują przynajmniej działania prowadzone jako działalność handlowa w celu osiągnięcia bezpośredniej lub pośredniej korzyści ekonomicznej lub handlowej.

„Na użytek niniejszej sekcji działania na skalę handlową obejmują przynajmniej działania prowadzone jako działalność handlowa w celu osiągnięcia bezpośredniej lub pośredniej korzyści ekonomicznej lub handlowej.” – praktycznie rzecz biorąc, każda działalność może zostać zakwalifikowana jako mająca na celu osiągnięcie „bezpośredniej lub pośredniej korzyści ekonomicznej lub handlowej”. Już nie mówię o takich oczywistościach, jak reklamy na stronie internetowej, ale nawet prowadzenie zwykłego bloga dałoby się podciągnąć pod działalność promocyjną. Wystarczy, aby z bloga wynikało że np. tworzy go właściciel określonego przedsiębiorstwa, lub że znalazł się na nim odnośnik do jakiejś firmy. Powód, dla którego zdecydowano się na tak szerokie określenie „działalności na skalę handlową” jest dla mnie oczywisty – chodziło o wyeliminowanie jakiejkolwiek możliwości zasłaniania się argumentem „ale ja wcale nie prowadziłem działalności na skalę handlową”. Każda niemal czynność prowadząca do uzyskania jakiejkolwiek korzyści materialnej czy niematerialnej, może być w myśl tej definicji przejawem działalności na skalę handlową. Wszak nikt rozsądny nie działa z myślą o swej szkodzie…

Radzę też zwrócić uwagę na ust. 4, bardzo rozszerzający krąg osób mogących odpowiadać za przestępstwo określone w art. 23:

W odniesieniu do przestępstw określonych w niniejszym artykule, których dotyczą przewidziane przez Stronę przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji. Strona ta zapewnia w swoim prawie odpowiedzialność karną za pomocnictwo i podżeganie.

Spotkałem się również ze stanowiskiem, że postanowienia ACTA dotyczące odpowiedzialności karnej nie zmieniają w istotny sposób obecnego stanu rzeczy. Jednak porównując je z obecnymi przepisami, widać dwie istotne różnice. Największa z nich kryje się w art. 26 ACTY, o treści następującej:

Każda Strona przewiduje, w stosownych przypadkach, możliwość wszczynania przez jej właściwe organy z urzędu dochodzeń lub działań prawnych w odniesieniu do przestępstw, o których mowa w art. 23 (Przestępstwa) ust. 1, 2, 3 i 4, dla których Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji.

Tym samym, odchodzimy od zasady wprowadzonej przez art. 122 prawa autorskiego, który uzależniał działanie organów ścigania – w większości przypadków – od wniosku pokrzywdzonego. Trudno wręcz wyolbrzymić znaczenie takiej zmiany. Przenosi ona naruszania prawa autorskiego do kategorii przestępstw, co do których państwo widzi szczególną potrzebę ścigania, zakłada że ich społeczna szkodliwość jest na tyle duża, że uzasadnia działanie państwa bez potrzeby zasięgania zdania pokrzywdzonego. Drugą istotną zmianą jest ujednolicenie i uproszczenie opisu czynu zabronionego. W zasadzie sankcjonowane będzie każde „piractwo praw autorskich lub praw pokrewnych na skalę handlową”. Nie będzie (albo przynajmniej, nie będzie konieczne z punktu widzenia ACTY) rozróżnienia na rozpowszechnianie, nabywanie, uzyskiwanie dochodu itd., i związane z nimi zróżnicowanie w zakresie sposobu ścigania, kary itp.

Oczywiście, można zauważyć że wszystkie te różnice dotyczą tylko łamania prawa w związku z działalnością handlową. Jak jednak wyżej wskazałem, działalność ta została w ACTA tak szeroko zdefiniowana, że po prawdzie trudno byłoby znaleźć w sieci jakąś działalność nie będącą handlową w myśl tej umowy.

Jeżeli miałbym w krótkim podsumowaniu wskazać najbardziej kontrowersyjne elementy ACTY, to widzę je przede wszystkim w bezprecedensowym rozbudowaniu środków, służących osobie dochodzącej roszczenia w postępowaniu zabezpieczającym. Przy niewystarczającym zrównoważeniu w prawach osoby przeciwko której środki są stosowane, dają one – potencjalnie – możliwość dochodzenia roszczeń poza właściwym procesem, z pominięciem stanowiska osoby dokonującej rzekomego naruszenia. Podkreślić jednak należy, że postanowienia ACTA – przynajmniej w takim zakresie, w jakim jestem je w stanie ocenić – nie są zaskakujące czy też sprzeczne z trendem, jaki obserwujemy w prawodawstwie polskim już od wielu lat. Przyspieszenie – nawet bardzo znaczne, nawet kosztem ustalenia stanu faktycznego – od lat jest priorytetem w nowelizacjach Kodeksu postępowania cywilnego. ACTA może być sygnałem, że być może poszliśmy trochę zbyt daleko w rezygnacji z „tradycyjnego” procesu; z drugiej jednak strony, to my sami napędzamy ten trend, żądając coraz szybszych postępowań przy jednocześnie coraz większej ilości składanych pozwów. Bez zmiany kultury prawnej, w szczególności zwiększenia roli mediacji, nie widzę szans na odwrócenie tego procesu.


Informacje o tekście porozumienia ACTA zaczerpnięte ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Reklamy

Kryzys braku rozwiązań

Od pewnego czasu zauważam na Wikimediach coś, co można by nazwać kryzysem braku rozwiązań. W czym rzecz? Otóż wydaje się, że społeczność Wikimediów – jak również Fundacja – znakomicie sobie radzą jeżeli chodzi o rozpoznawanie i opisywanie problemów, natomiast znacznie gorzej, jeżeli chodzi o ich rozwiązywanie. Nie mam tu na myśli prostej dysproporcji pomiędzy problemami a rozwiązaniami (to jest coś, co dotyczy chyba każdej organizacji czy społeczności), ale dysproporcję wręcz rażącą jeżeli chodzi o wagę problemu, a proponowanymi rozwiązaniami.

Zjawisko to, swego rodzaju „rozłożenie rąk” widoczne jest w wielu miejscach, ale do napisania niniejszej notki zainspirowały mnie trzy problemy, z którymi zetknąłem się stosunkowo niedawno, i z którymi – jak się obawiam – właściwie nie mamy jak sobie poradzić.

Pierwszy z nich to jeszcze kilka miesięcy temu bardzo głośny (obecnie sprawa jakby ucichła) problem zwiększenia udziału kobiet w projektach Wikimedia. Przez projekty, blogi, listy dyskusyjne przetoczyła się wielka debata; wskazane zostały możliwe przyczyny takiej a nie innej partycypacji kobiet; ba, debata wydostała się ze świata Wiki, i o sprawie można było przeczytać i w prasie. I cóż z tego wyszło? Ano niestety nic, albo niewiele przynajmniej. Na polskiej liście dyskusyjnej Wikipedii nabito solidne kilobajty dyskusji na ów temat, ale gdy przyszło do konkretów, okazały się one bardzo skromne – dalsze dostosowywanie szablonów (co i tak jest powoli realizowane), jakieś spotkania promujące… nic nowego, nic co by mogło doprowadzić do nieco szybszej zmiany, zwykła „praca u podstaw” w starym stylu. Nie jest to bynajmniej krytyka z mojej strony – sam nie potrafiłem wymyślić niczego lepszego, a i w anglojęzycznej społeczności nie udało się wpaść na rewolucyjny pomysł. Przeglądając dyskusje i podsumowania w anglojęzycznej części Wikimediów, widziałem mniej więcej to samo – pomysły w rodzaju bardziej przyjaznego i estetycznego interfejsu, założenia osobnego kanału IRC dla kobiet, edytora WYSIWYG (od dawna w realizacji). Do tego masa zachęt do większej otwartości, przyjazności itp. – piękne to, ale z faktycznym rozwiązaniem problemu nie mające wiele wspólnego.

Drugi to kwestia haseł ważnych, lecz słabo rozwiniętych na Wikipedii.  Wikimedia mają to do siebie, że zaangażowane w nie osoby robią to, co im odpowiada, a nie to co „powinny”. Efekt, zauważony zresztą nie raz w dyskusjach na Wikipedii, jest taki, że najwięcej najlepiej napisanych haseł dotyczy tematów specjalistycznych, historii, biografii, konkretnych zdarzeń czy podmiotów. Mamy natomiast problemy tam, gdzie wymagane jest podejście przekrojowe lub syntetyczne, wymagające ogarnięcia znacznego materiału. Niestety, trudno się dziwić że brakuje chętnych do zajęcia się takimi tematami; ogrom pracy, jaki trzeba włożyć w taki artykuł jest bardzo zniechęcający. To już nie jest hobby, to zwykła praca, a mało kto ma ochotę pracować za darmo. Rozwiązaniem problemu mogłoby być zamówienie i opłacenie artykułu, ale z tego co wiem, tego rodzaju inicjatywy napotykają sprzeciw w społeczności Wikimediów. Osobiście nie uważam, aby wolna wiedza była nierozerwalnie związana z wolontariatem, i nie widzę nic zdrożnego w pisaniu artykułów na Wikipedię za wynagrodzeniem (tak długo, jak są one zgodne z zasadami, rzecz jasna), ale cóż – vox populi vox dei. Jeżeli nie płatna twórczość, to co? Nie wiadomo. Podejmowane od czasu do czasu dyskusje zatrzymują się w martwym punkcie i po jakimś czasie znikają w czeluściach archiwów projektów i list dyskusyjnych. Rozwiązania nie ma.

Trzeci problem, na jaki chciałbym zwrócić uwagę w tym wpisie, to prawa autorskie do twórczości autorów małoletnich. Jak wiadomo, znaczna część osób tworzących Wikimedia nie ukończyła lat osiemnastu; są też i takie, które nie ukończyły lat trzynastu (najmłodsza osoba, jaka uzyskała w polskich projektach Wikimedia uprawnienia administratora, miała bodaj dwanaście lat). Osoby takie bądź nie mają zdolności do czynności prawnych (mniej niż trzynaście lat), bądź mają zdolność prawną ograniczoną (mniej niż osiemnaście lat). Zgodnie z polskim prawem, czynności prawne osoby nie mającej zdolności prawnej są całkowicie nieważne, a czynności osoby mającej zdolność prawną ograniczoną wymaga zgody przedstawiciela ustawowego (najczęściej rodziców). Co to wszystko oznacza w praktyce? Cóż, status licencji Creative Commons na gruncie prawa polskiego jest i tak (w najlepszym razie) bardzo wątpliwy, ale w przypadku artykułów napisanych przez osoby nie mające lat trzynastu, można zapomnieć o jakichkolwiek licencjach. Odnośnie osób nie mających lat osiemnastu można jeszcze próbować z art. 22 kodeksu cywilnego, zgodnie z którym małoletni uzyskuje pełną zdolność co do czynności, związanych z przedmiotem majątkowym oddanym mu do swobodnego użytku (komputerem?). Rozciąganie tego na udzielenie licencji jest jednak o tyle wątpliwe, że interpretacja taka rozszerza stosowanie przepisu z czynności dotyczących przedmiotu, na czynności dokonane za pomocą przedmiotu, a to istotna różnica. A już zupełnie nie daje się art. 22 naciągnąć na np. artykuły napisane na komputerze szkolnym, czy pożyczonym… Podobne uregulowania znajdują się w systemach prawnych wielu państw, i mają dosyć istotny skutek dla Wikipedii – mianowicie wszystkie artykuły stworzone przez osoby nie mające lat trzynastu, i w najlepszym razie znaczna część artykułów stworzonych przez osoby nie mające lat osiemnastu, w żadnym razie, nawet przy możliwie najkorzystniejszej interpretacji przepisów i licencji Creative Commons, nie jest wolna. Nie ma rozwiązania tego problemu, które by leżało w mocy Fundacji czy społeczności Wikimediów. Pomóc by mogła chyba tylko globalna zmiana prawa, względnie skasowanie wszystkiego i rozpoczęcie od nowa, co rzecz jasna nie wchodzi w grę.

Trzy problemy, o których piszę wyżej, to tylko niektóre z zauważonych przeze mnie w ciągu tych kilku lat w których uczestniczyłem w projektach Wikimedia. Wydaje się jednak, że stanowią dobre przykłady spraw, z którymi obecnie nie mogą dać sobie rady ani Fundacja, ani społeczność; skala ich wszystkich do tego stopnia przerasta możliwości rozwiązania, że na co dzień są one nieobecne w dyskusjach osób związanych z Wikimediami. Wydaje się, że postawieni przed problemami kompletnie przerastającymi nasze możliwości, przestajemy całkowicie zwracać na nie uwagę, wolimy raczej zająć się drobnymi sprawami zastępczymi. Sam też nie dysponuję żadnymi pomysłami czy rozwiązaniami, i cóż, stąd taki a nie inny tytuł niniejszego wpisu.

Wikicytaty – czy rzeczywiście wolny projekt?

Na przełomie sierpnia i września przez polskie Wikicytaty przetoczyła się dyskusja dotycząca problemu braku źródeł w cytatach zamieszczonych w projekcie. Śledziłem ją ze sporym zainteresowaniem, niestety – dosyć szybko dyskusja zeszła na tematy zupełnie uboczne (zasadność tworzenia określonych kategorii i szablonów), i ostatecznie musiała zostać przymusowo zakończona. Niemniej jednak, zostały w niej zauważone problemy, które jak dotąd w ograniczonym zakresie były przedmiotem namysłu społeczności projektu: weryfikowalność cytatów i to, co mnie zainteresowało najbardziej – ochrona praw autorów cytowanych tekstów oraz – pośrednio – ochrona czytelników w myśl zasady „wolnego projektu”.

Wikiquote zajmują dosyć szczególne miejsce w historii projektów Fundacji Wikimedia. Do czasu ostatnich wydarzeń z Wikiversity nie było projektu,  który by wzbudzał tyle emocji; z Wikiquote wiąże się bodaj jedyny przypadek propozycji zamknięcia całej grupy projektów (we wrześniu 2008 r.) pod zarzutem masowego łamania prawa autorskiego. Podczas dyskusji, jaka wywiązała się wówczas na Meta, jednym z argumentów dla utrzymania Wikiquote była różnorodność sytuacji różnych projektów; przykładowo, wskazano że projekt japoński dopuszcza wyłącznie cytaty do których bez wątpienia wygasły autorskie prawa majątkowe, a niemiecki – jedynie do 10 cytatów na zasadzie fair use.

Jak na tym tle wyglądają polskie Wikicytaty?

Ochronę praw autorskich w projekcie można rozważać w trzech aspektach. Po pierwsze, pod kątem zgodności z licencją Creative Commons Attribution/Share-Alike 3.0, którą teoretycznie objęte są wszystkie teksty publikowane w projektach Wikimedia; po drugie, pod kątem prawa amerykańskiego, któremu teoretycznie Wikicytaty mają podlegać; i wreszcie, pod kątem prawa polskiego, czyli państwa, w którym jednak zawartość projektu będzie najczęściej wykorzystywana.

Nie sądzę, aby było dla kogokolwiek kontrowersyjne czy zaskakujące stwierdzenie, że na Wikicytatach prawie wcale nie ma treści na licencjach Creative Commons czy GNU FDL. W projekcie króluje fair use; na tej zasadzie zamieszczona jest ogromna ilość cytatów z filmów, seriali telewizyjnych, współczesnych utworów literackich i ich tłumaczeń, artykułów itd. Drugą pod względem wielkości grupą, na oko o wiele mniejszą, są cytaty z utworów, do których autorskie prawa majątkowe wygasły lub nie powstały (brak znamion utworu). Wreszcie, jest kilka stron, na których faktycznie zamieszczono treści na licencji CC – powodzenia w ich szukaniu! Jakie dokładnie są proporcje pomiędzy tymi grupami stwierdzić nie sposób, wymagałoby to bowiem zinwentaryzowania cytatów wg statusu prawnego. Podkreślić jednak trzeba, że jest jeden bardzo istotny element projektu, bez wątpienia udostępniony na licencji CC – jest to układ i dobór cytatów.

Polskie prawo reguluje zasady dozwolonego użytku w art. 23 i nast. ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Nas jednak interesuje przede wszystkim art. 34, który stanowi, że można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości. Na Wikicytatach jest z tym różnie, przy czym niestety znalezienie strony, na której znajdują się cytaty pozbawione źródła nie nastręcza żadnych trudności. Tu również nie sposób ocenić skali problemu, jednak już pobieżne przejrzenie kilku kategorii wskazuje, że jest on dosyć powszechny. Do tego dochodzą jeszcze tłumacze, których polskie prawo autorskie traktuje na równi z pierwotnymi autorami. Tu już jest zupełnie źle – tłumacza widziałem wymienionego przy pojedynczych cytatach.

Nie zamierzam udawać, że znam prawo amerykańskie. Przepisy ustawy dotyczące fair use są co prawda bardzo krótkie (zaledwie jeden paragraf), nie ma w nich ani słowa o oznaczeniu autora, ale nie należy zapominać, że prawo amerykańskie to prawo precedensowe. Przeczytać krótki przepis mogę, zapoznawać się z orzecznictwem z pewnością nie zamierzam. Bardzo pobieżna analiza przepisów i kilku artykułów dotyczących zagadnienia oznaczenia autora wskazuje, że zasada ta została wypracowana przez orzecznictwo. Ale cóż, powiedzmy sobie szczerze – szansa na to, że sprawa jakiegoś cytatu zamieszczonego w polskojęzycznym projekcie trafi przed sąd amerykański, do wysokich nie należy.

Wszystko to razem  tworzy dosyć niepokojący obraz projektu, którego „wolnym” nie sposób nazwać, a wręcz strach korzystać. Po prawdzie jednak, sprawa nie wygląda aż tak źle.

Podstawową kwestią nad którą trzeba się zastanowić, są skutki opisanej wyżej sytuacji dla czytelników. Prowadząc rozważania w tym zakresie, nie sposób pominąć specyfiki Wikicytatów. W odróżnieniu od Wikipedii, Wikinews czy Wikiźródeł, na których kopiowanie zawartości jest czymś normalnym, a wręcz pożądanym, trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której zawartość strony Wikicytatów kopiowana jest z myślą o jakimś poważniejszym zastosowaniu (pomijam tu tworzenie mirrora czy własnej bazy cytatów). Rzecz jasna, nie wątpię, że stosunkowo często czytelnicy kopiują jeden czy dwa cytaty które „wpadły im w oko”, choćby po to, aby ozdobić podpis na forum czy nagłówek bloga. Zasadniczo jednak, jest to projekt który się czyta dla rozrywki, na który można szybko rzucić okiem podczas przerwy w pracy i przeczytać parę cytatów bez konieczności wgłębiania się w kilkusetstronicowy tekst czy sążnisty artykuł. Patrząc z tego punktu widzenia, poprawność prawno-autorska nie jest już tak istotna.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zdanie „przestrzeganie prawa nie jest aż tak ważne” brzmi cokolwiek dziwnie (szczególnie, gdy pisze je prawnik), ale tu nie tyle chodzi o to, jak ma być (bo że prawa przestrzegać trzeba, to oczywiste), ale o analizę, jakie okoliczności pozwoliły na wykształcenie się na Wikicytatach obecnej sytuacji. Gdyby podobne standardy funkcjonowania stosowały – powiedzmy – Wikiźródła, prędzej czy później skutkowałoby to interwencją ze strony bądź to właścicieli naruszonych praw, bądź to wpuszczonych w maliny użytkowników, i poważnymi problemami dla projektu. Szansa na to, że jakieś kłopoty przytrafią się Wikicytatom lub ich użytkownikom, jest o wiele mniejsza.

Wspomnieć trzeba, że dyskusja o której wspomniałem na wstępie wywołała pewne pozytywne zmiany na Wikicytatach. Powstał Wikiprojekt: Weryfikacja, mający na celu poprawę jakości zgromadzonych cytatów. Trwają prace – już dosyć zaawansowane – nad nowym zbiorem zasad i zaleceń projektu, przewidującym m.in. obowiązkowe podawanie autora i źródła cytatu. Z pewnością są to kroki we właściwym kierunku, i dają nadzieję, że problemy o których piszę wyżej zostaną rozwiązane.

A w Wikiźródłach…

Jak zwykle mamy nowe projekty proofread do opracowania:

Onufry Rutkowski, Zabawki poetyckie rozmaitym wierszem polskim napisane. Dosyć trudny tekst wydany w 1775 r. Coś dla miłośników staropolszczyzny, i to w wersji oryginalnej, bez współczesnej pisowni. Przyznam, że ja od tego projektu odpadłem, ale też nigdy nie byłem entuzjastą polskiej poezji tego okresu.

Stanisław Przybyszewski, Na drogach duszy. Kolejne mroczne i wprost ociekające przybyszewszczyną dzieło naszego przedwojennego skandalisty. Tym razem Przybyszewski przybliża sylwetki wybitnych jego zdaniem twórców europejskich, jednocześnie wykładając swoje teorie na temat sztuki i umysłu ludzkiego.

Julian Bartoszewicz, Historja literatury polskiej. Szacowne dzieło zasłużonego autora, przyznam jednak, że jakoś nie mogę się zmobilizować do rozpoczęcia prac nad nim.

Feliks Bernatowicz, Pojata córka Lizdejki. Opowiadanie historyczne, skrócone z powieści.

Adam Asnyk, Poezye t. 1. Tomik poezji Asnyka, opracowywany przede wszystkim w związku z trwającą zamianą istniejących tekstów na proofread.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Nikotyna Alkohol Kokaina Peyotl Morfina Eter. Publicystyka z elementami autobiograficznymi. Witkacy rozprawia się w nim z wrogami ludzkości – używkami wszelakimi. Czyta się znakomicie, i pewnie zostanie szybko opracowane.

Józef Ignacy Kraszewski, Matka królów t.1 i t. 2., Kraków za Łoktka t. 1 i t. 2. Kolejne powieści historyczne opracowywane w ramach Wikiprojektu: Kraszewski 2012.

« Older entries